Fotografująca wszystko wokół. Wegetarianka.Kociara.Biegająca za wszystkim co warte uwagi.

Uzależniona od adrenaliny, pozytywnych wrażeń i wszelkich estetycznych doznań.

Drawa

Drawa

Czasami człowiek pakuje się i leci dwa tysiące kilometrów, żeby zostawić za sobą wszystko chociaż na chwilę i zapomnieć, a czasami wystarczy wsiąść w przepakowane ludźmi PKP i wybrać się na dwudniowy spływ kajakowy żeby oczyścić głowę. Te weekendowe spływy kajakowe stały się już mała coroczną rodzinną tradycją. W piątek po pracy grube pakowanie, stos kanapek do kajaku, jakieś batoniki co by uzupełnić cukier w ramach wielogodzinnego machania wiosłem i szybko do łóżka, bo następnego dnia w sobotę pobudka o 5.30 nieprzytomne mycie w pół śnie (umówmy się, ja o tej godzinie mogę się kłaść a nie wstawać), kawka, szybkie śniadanie i w drogę do Drawna.


Drawno to w ramach wyjaśnienia dla nie wtajemniczonych mała mieścina, której największą zaletę i urokiem jest fakt, że przepływa przez nią rzeka która pomieściła już tysiące spragnionych wrażeń kajakowiczów i która posiada piękny park krajobrazowy.


Spływ zaczął się gdzieś koło 7/8 rano. Od nas wystartowało  około 16 kajaków, co rok te same znajome twarze, niektórzy już po raz 20 tym na tym spływie, znają więc rzekę jak własną kieszeń. Start zaczyna się bardzo spokojnie, pierwszy kilometr to leniwe płynięcie po jeziorze, dopiero parę set metrów dalej zaczyna się po to po co przyjechaliśmy. Dzika, niezmącona niczym natura, przez 15 kilometrów tylko rzeka, gdzieniegdzie jakieś domy, jacyś pojedyńczy wędkarze mocno zachwyceni faktem, że przepływa własnie grupa w kajakach:) a tak to tylko Natura, natura i jeszcze raz natura. W weekend w którym byliśmy w Drawnie temperatury dochodziły do 40 stopni, niesmowitą ulgę dawał fakt, że większość czasu płynęliśmy schowani między drzewami. Od rzeki bił fajny chłod, co chwile ktoś z naszych stwierdzał że nie ma sensu być za suchym więc następowało chłodzenie własnymi środkami:) Jednak trasa tych 15 km na rzece robi swoje, ręce wysiadają już koło 10, przychodzą do głowy myśli: wysiądę, to szybciej pójdę bo każdy kilometr ciągnie się w nieskończoność.


Mieliśmy brać z K.telefony żeby robić zdjęcia. Rozmowa przebiegała tak, że już tyle razy płynęliśmy, wiemy jak ominąć przeszkody, co tam się może stać. Znamy rzekę, wiemy jaka jest trasa i że w sumie nic się nie stanie. A na wodzie bywa różnie, i tym razem okazało się że dobrze że mamy jeszcze trochę pokory w sobie bo zdarzył nam się mały wypadek. W czasie spływu adrenalina uderza parę mocnych razy do głowy, a bo trzeba kawałek przepłynąć rzeką ciągnąc za sobą kajak bo jest tyle przeszkód w rzece i powalonych drzew że co chwilę trzeba by było z niego wysiadać i albo go przenosić, że najprościej jest albo przepchnąć go albo  z nim kawałek popłynać. Tak już było co roku i to nas nie dziwiło.

Więc dokoła piękna natura, zieleń z każdej strony, ptaki śpiewają, sielanka. I w pewnym momencie przed nami jakieś drzewo wyrosło, ja odruchowo złapałam gałąż, nurt rzeki zniósł nas na bok i zaczęliśmy nabierać wody. Chwilę później wywróciło nas z kajaka, obrócił się do góry dnem i już byliśmy w rzece.K. łapał kajak który sobie postanowił płynać dalej z nurtem ale już bez nas, a ja próbowałam ratować to co wypadło z kajaka. Rzeka jednak zabrała swoją ofiarę i do obozu wróciłam na boso, bez bluzki i kanapek:) Dalej było już zupełnie bezproblemowo. Kolejne kilometry tylko pośród wody, łąbędzi które postanowiły nas odprowadzić razem z małymi  i skoki na linie do rzeki która wspaniałomyślnie ktoś zostawił na drzewie. Radość ze skoku do rzeki z kilku metrów na linie-bezcenna!

Dotarliśmy do obozu koło 17 nieziemsko zmęczeni, brudni od błota i lekko pachnący rzeką od licznych kąpieli.:) po szybkiej kąpieli po śladach zmęczenia już nie było widać, zbierało się na burzę, więc oczywiście idąc za legendą ludową że przed burzą kąpiel w jeziorze jest najcieplejsza zaliczyłam jeszcze szybką kąpiel w jeziorze. A nocą jak to nocą pogaduchy przy ognisku przy pieczonych ziemnakach i kolbach kukurydzy (wersja biwakowa dla wegetarianki otoczonej z każdej strony karkówką i kiełbasą:), nocne spacery po lesie i na pomost. Coroczna drawieńska tradycja. Następny dzień spływu jest zawsze bardziej lightową wersją pierwszego dnia. To już naprawdę leniwe płynięcie po gładkiej rzece, praktycznie bez przeszkód. To relaks w czystej postaci między zielenią. Te weekendowe spływy od lat nauczyły mnie jednego. Że nie ma zwykłych chwil i dni.

Przepisy: Wege hot-dogi

Przepisy: Wege hot-dogi

Rodos

Rodos