Fotografująca wszystko wokół. Wegetarianka.Kociara.Biegająca za wszystkim co warte uwagi.

Uzależniona od adrenaliny, pozytywnych wrażeń i wszelkich estetycznych doznań.

Rodos

Rodos

Wybraliśmy się do Grecji wygłodniali słonća, fotogenicznych miejsc, optymizmu i nadmorskiego luzu. Zależało nam żeby wyjechać gdzieś w miarę blisko gdzie na tydzień pochłonie nas ciepłe morze, ciepłe słońce (wtedy w Szczecinie było koło 17 stopni, co dzień padało i jakoś nie zapowiadało się ze dotrą do nas 33 i więcej stopniowe upały) -piszę to teraz siedząc pod wiatrakiem, pijąc zimną lemoniadę i modląc się o deszcz:). Klimat leniwego nadmorskiego miasta i widoki które zaprą dech w piersiach. Z powodu mojego małego gapiostwa odpadała ta część miejscówek gdzie potrzebny jest paszport żeby przekroczyć ich granice:) tym sposobem padło na Rodos w Grecji:)

Wyjechaliśmy na tydzień jak większość mniej doświadczonych podróżników z biurem podróży. Miało być wygodnie, komfortowo i tak, żebyśmy nie musieli organizować nic poza atrakcjami na miejscu. I tak było, ze strony organizatora nie było zupełnie na co narzekać: piękny nowoczesny hotel, świetnie usytuowany między wzgórzami a morzem, widok z pokoju przez wielkie okna na plażę, super jedzenie (smak tamtejszych oliwek mam ciągle w ustach) i nawet dla wegetarianki spokojnie dało się z lokalnych przysmaków złożyć pyszny śródziemnomorski posiłek. Wszystko super, ale to jednak ostatni raz kiedy wybraliśmy się z jakiś biurem:). Dlaczego? a no dlatego, że za te pieniądze jak się poszuka na własną rękę można dostać o wiele więcej. Więcej dni, przeżyć i wyjść trochę poza swoją strefę komfortu. No ale to następnym razem:)

unnamed (2).jpg

Tego jak piękna jest ta część Grecji która zobaczyliśmy nie da się opisać. Wiem, banał. Ale mieszkam w bloku a z okna mam widok na drugi blok. Tak wygląda większość architektury w Szczecinie:) a tam stare domy jeden przy drugim, wkomponowane w skały, wszystko pięknie wlepione w pejzaż. Jeśli pomalowane na biało to obowiązkowo z jakimś mocnym kolorystycznym akcentem: albo błękit, albo pomarańcz, wszystko wyraziste, spójne i niesamowicie przyjemne dla oka. Dodatkowo drewniane okiennice pomalowane na biało albo niebiesko, roślinność opatulająca część domu, gliniane wielkie donice stojące przed domami i serpetynowe wąskie drogi, na których parę razy zamykałam oczy jak kierowca próbował robić jakieś manewry. Drogi na których mimo że wydaje się że nie ma opcji że zmieszczą się tam te wszystkie autobusy, skuterki i samochody to udaje im się jakoś nie pozabijać.

Jechaliśmy do Grecji przekonani, że po tym czym karmi nas telewizja zobaczymy niezadowolenie, jakieś protesty czy frustrację, że wyczuje się napięcie. Dolatujemy, przyjazd do hotelu o 6,30 rano, akurat piękne światło nad morzem było, Konrad tylko rzucił walizki i już na balkonie po 12 godz podróży zdjęcia robił:). Po odespaniu 3 godz ruszyliśmy zwiedzać Lardos w którym byliśmy. Wszędzie wyluzowani, uśmiechnięci, przyjazni Grecy którzy na wszystko mają czas:). Jeśli chodzi o moje odwieczne spóźnianie sie to nikt by tam nie zwrócił na nie uwagi bo nikt nie zwracał tam uwagi gdy podmiejski autobus spóżniał się około 40 minut:). Jako że ten podmiejski autobus był naszym głównym środkiem poruszania się pomiędzy miejscowościami, to po kilku takich wyprawach, kiedy nigdy nie przyjechał na czas przestało nas to dziwić. Na początku nieświadomi tego że czekają nas czterdziesto stopniowe upały i duża wilgotność powietrza myśleliśmy o wypożyczeniu rowerów i w ten sposób zwiedzaniu Rodos. Na szczęście po pierwszym wyjściu na tamtejsze słońce szybko ten pomysł wybił się z głowy.

Nic więc innego nie robiliśmy jak przez parę dni chłonęliśmy ten urok topiąc się w 40 stopniowym upale:). W Rodos uratował nam życie przemiły Grek i jego przeurocza kawiarnia, znaleziona podczas leniwego zwiedzania miasta. Dotarliśmy tam jakimiś bocznymi kamiennymi uliczkami, niesamowite miejsce gdzie wypiłam najlepszą w życiu Frappe. Esencję Frappe. Mocną jak diabli i aromatyczną, która z miejscu postawiła nas na nogi. Tych ich lokalnych mrożonych Frappe było jeszcze mnóstwo ale żadna się nie umywała do tej z ...(Konrad jak się nazywała ta kawiarnia?)

O ile przyjemnie było widzieć połączenie antycznej architektury na każdym kroku w Grecji i malowniczo położonych romantycznych uliczek, wspaniałych widoków i kąpieli w każdej części wyspy która akurat zwiedzaliśmy (na szczęście Rodos jest dość pokaźną wyspą więc podczas zwiedzania kąpiele w co rózniejszych miejscowościach były normą. W praktyce wyglądało to tak że cały czas mieliśmy na tyłku rzeczy do pływania i po każdym zwiedzaniu lądowaliśmy w morzu.Wyjątkiem była zatoka w Lindos- mimo pięknej piaszczystej plaży pływanie w niej dawało taką samą ulgę co pływanie w ciepłej zupie:) 

Natomiast to co mnie poruszyło szczególnie to mnogość bezpańskich, smażących się w tym upale zwierząt. Wiedziałam że będzie mnóstwo kotów, ale nie byłam przygotowana na to, że część z nich do kolejnego lata nie dożyje. Miejscowi ich nie przepędzają, część chodzi między stolikami w restauracjach na powietrzu, część chowa się w różnych częsciach miasta. Chude, bezpańskie, zostawione same sobie. Gdy patrzę pisząc ten tekst na mojego wypasionego, wielkiego rudego kocura który przeciąga się na łóżku do góry brzuchem to ściska mnie w serduchu że całemu światu nie pomogę. Całemu nie, ale nie byłabym sobą gdybym  nie spróbowała:) Z kocią karmą pod pachą i butelką wody mineralną (dla nich nie dla mnie, haha) serwowałam all inclusive każdemu napotkanemu kociakowi.

Grecja dla mnie pachnie wciąż tak samo jak zamykam oczy. Nagrzana spękana słońcem ziemia, słona woda i bryza wiejąca znad morza wymieszana z zapachem drzewek cytrusowych i oliwnych. Tego smaku soku z pomarańczy który kupowaliśmy na każdym rogu od ulicznych sprzedawców, słodkich przepysznych i orzeżwijących cytrusów. Po przyjeździe do Polski kupiłam też wyciskany z pomarańczy żeby odświeżyć sobie ten smak  i co? i lipka jak mówi mój brat:)

Część zapachów i wspomnień zabrałam ze sobą : na małej przepięknej wysepce Symi kupiliśmy od lokalnego handlarza cały worek ziół, takiego oregano i bazylii w życiu nie próbowalam. Cała kuchnia pachnie nimi jak gotuje i dodaje szczyptę.

I tak to zbliżam się do końca wspomnień z naszego małego azylu wakacyjnego, pijąc lemoniadę z greckich pomarańczy których kilka wzięłam ze sobą i miętą z ogrodu mamy.

Uśmiecham się na wspomnienia tego wszystkiego: na ich pyszną kuchnię wypełnioną aromatycznymi oliwkami, pyszną fetą, oliwą z oliwek która nadawała moc nawet zwykłej sałatce, na zapach Grecji  który trzymam w głowie jak skarb, niewiarygodnie niebieskie morze, widoki które mijaliśmy po drodze, nocne kąpiele, zimne białe wino które piliśmy zawsze po kolacji ułożeni wygodnie na tarasie albo na wybrzeżu na kamykach patrząc na ciemne morze i mała łódkę która podpłyneła bodajże 3 dnia i sobie spokojnie dryfowała. Na to jak leżeliśmy do późnej nocy na plaży patrząc w gwiazdy a K. jak to K. zastanawiał się gdzie jest jakaś tam stacja kosmiczna. Na milion piecet spontanicznych kąpieli w morzu i snurkowania w maskach, podglądanie rybek i wypatrywanie rekina (bo podobno są) i dylematy z cyklu czy iść popływać do basenu czy do morza.

Po takim pobycie zostaje olbrzymi spokój w głowie i masa wspomnień. Dobrze jest mieć czas leżeć na plaży i znaleźć na niebie wielki Wóz. Nurkować i wyłowić piękną biała muszlę która chwile póżniej spieprza ochoczo z powrotem do morza bo okazuje się pokaźnych rozmiarów krabikiem.

Drawa

Drawa