Fotografująca wszystko wokół. Wegetarianka.Kociara.Biegająca za wszystkim co warte uwagi.

Uzależniona od adrenaliny, pozytywnych wrażeń i wszelkich estetycznych doznań.

36.PKO Halfmarathon Szczecin 30.08. 2015

36.PKO Halfmarathon Szczecin 30.08. 2015

Zazdroszczę ludziom którzy nastawiają budzik na 6 rano, wstają jak on dzwoni(sic!) po czym wciągają spodenki do biegania i idą codziennie zrobić te 5 czy 10 km. Wielki szacun. Naprawdę. Codziennie obiecuję sobie że któregoś dnia też taka będę.:)


Od paru lat myślałam o przebiegnięciu półmaratonu. Nie znaczy to oczywiście, że przez te parę lat biegałam czy się jakoś szczególnie do niego przygotowywałam:) Owszem, lubiłam aktywnie spędzać wolny czas, biegać też, na rowerze jeździć też, ale wszystko to bardziej przypominało spontaniczny zryw niż regularny wysiłek. Cel jednak jakim było przebiegnięcie pierwszego półmaratonu przed 30-stką był w mojej głowie głęboko i nie miałam zamiaru odpuszczać.


Tymczasem ani nie biegałam z rana ani nie biegałam regularnie. Biegałam jak mnie coś wkurzyło (czyli często) lub jak mi się chciało (czyli rzadko:) Równo rok temu po powrotnej przeprowadzce do Szczecina wyszłyśmy z Annenką na Błonia i obiecałyśmy sobie że będziemy biegać. To był dokładnie 17 sierpnia 2014:) póżniej była zimna jesień, ciepła zima a my niczym nie zrażone umawiałyśmy się wieczorem i szłyśmy biegać. Nasze pierwsze 5 km zajęło nam 60 minut:) Oddech jak konające w mękach zwierzę, płuca które za nic nie chciały współpracować, zlane potem, czerwone gęby, ból podczas biegnięcia, ból po biegnięciu. Jak sobie teraz to wspominam to więcej szłyśmy wtedy niż biegłyśmy a na koniec czułyśmy taką dumę conajmniej jakbyśmy jakąś olimpiadę zgarnęły.


W którymś momencie okazało się że już 5 km mi nie wystarcza i zaczęły się pierwsze dziesiąteczki, potem dłuższe rozbiegi i jak udało się przebiec pierwszą dwudziestkę bodajże o 23:30 w nocy to pomyślałam że przebiegnięcie pól-maratonu jest pesteczką.


Sam Pólmaraton był 30 sierpnia o 9 rano w Szczecinie. W piątek odebrałam torbę z pakietem startowym, w środku mapka  z trasą. Poprosiłam K. żeby sprawdził trasę, i już w połowie przeglądania trasy planowałam że wskoczę do samochodu który zamyka pól maraton i na metę podjadę bo przebiec tego nie da rady.

 


Budzik nastawiony był na 7 rano, kilka budzików w zasadzie żeby "niechcący" nie wyłączyć. Więc budzę się o 7 rano, zjadłam jakieś super pożywne śniadanie przed biegiem, wypiłam kawkę, później elekrolity co by się nawodnić, ubrałam się na spokojnie, mam takie poczucie że wszystko co trzeba zrobiłam, spokój, że nie muszę się śpieszyć, że już wszystko ogarnięte i nie muszę się stresować, delektuje się chwilą po czym.... oczywiście kurna zaspałam. Patrzę z przerażeniem na zegarek a tam 8.17 wszystko mi się śniło a ja mam 25minut żeby ustawić się na starcie. Kanapka z dżemem zjedzona w locie i popita Colą, brak rozgrzewki bo nie ma czasu. Na dworze ostatni gorący dzień lata, 30 stopni i pełne słońce. Ustawiam się w swojej grupie (czyli ostatnia grupa czasowa):) słuchawki na uszach, muzyka już wcześniej przygotowana i start. Oczywiście po 500 metrach rozwiązuje mi się sznurówka z czipem i zaliczam pierwszy nie planowany postój. Po 2 kilometrze złapała pierwsza kolka, którą na zmianę będę miała przez cały bieg, po 7 km krzyczę do K. (który cały czas wspierał mnie i był przy mnie) że raczej tego nie przebiegnę , póżniej w tłumie wyłapałam kochaną twarz Annenki co mnie na kolejne kilometry podładowało. Pierwsze 10km biegu było do okoła Wałów Chrobrego więc w okolicach pierwszej 10siątki byliśmy z powrotem na błoniach gdzie skręt w prawo oznaczał koniec biegu na dystansie 10 km, a w lewo kontynuacja pólmaratonu. I oczywiście miałam myśli czy nie skręcić w prawo, że nie dasz rady, już ledwo żyjesz. Ale nie, no nie po to założyłam sobie cel żeby nawet nie próbować się do niego zbliżyć. Więc biegnę dalej, 12km, na 14 znów kryzys, zaraz zacznie się pod górkę i stare ulice wyłożonymi kocimi łbami od których wysiadają kolana i robią się jak z waty. Po drodze cudowny doping szczecinian. I tylko jedna myśl w głowie żeby dobiec. Uczucie gdy po tych 21 km przebiegasz przez metę jest bezcenne.

 


Ciężko w zasadzie wytłumaczyć co się w takim momencie czuje. Dumę, bo biegniesz, chociaż całe Twoje ciało protestuje, radość, że warto było tyle razy katować się ćwiczeniami bo przyniosły efekt i nadzieję bo już w momencie przebiegnięcia przez metę wiesz że to nie ostatni raz i że będzie więcej. Więcej biegów, półmaratonów i miejmy nadzieję że maratonów.

"Tego dnia, tak bez przyczyny, postanowiłem trochę pobiegać. Pobiegłem do końca drogi, a kiedy tam dotarłem, pomyślałem, że pobiegnę na koniec miasta. A kiedy tam dotarłem, pomyślałem sobie, że przebiegnę przez hrabstwo Greenbow. A skoro dotarłem aż tak daleko, dlaczego miałbym nie przebiec przez cały stan Alabama? Tak właśnie zrobiłem. Przebiegłem przez Alabamę. Bez żadnego powodu. Po prostu biegłem dalej. Dobiegłem do oceanu. Pomyślałem, że skoro przebiegłem taki szmat drogi, to równie dobrze mógłbym zawrócić i biec dalej. Kiedy dotarłem do drugiego oceanu pomyślałem, że skoro jestem aż tutaj, to mógłbym równie dobrze zawrócić i biec z powrotem. " Forrest Gump.


i nie kończących się biegów i małych zwyciestw i Wam i Sobie życzę.

Wege szaszłyki z Tofu

Wege szaszłyki z Tofu

Przepisy: Wege hot-dogi

Przepisy: Wege hot-dogi