eatrunlove.pl_47584251_544163262767585_6168187812502275470_n.jpg

 

Fotografująca wszystko wokół. Wegetarianka.Kociara.Biegająca za wszystkim co warte uwagi.

Uzależniona od adrenaliny, pozytywnych wrażeń i wszelkich estetycznych doznań.

Wrażenia po przebiegnięciu półmaratonu w Poznaniu

Wrażenia po przebiegnięciu półmaratonu w Poznaniu

Trochę zbierałam się do napisania tego postu. Przyznam też, że miałam kilka tematów, które chciałam sobie ułożyć zanim wam to opiszę. Wiem, że dla części z was przebiegnięcie dystansu 21 km z lekkim haczykiem to dystans, dla którego jedynym słusznym środkiem przemieszczenia nie powinny być wasze nogi, a samochód, ewentualnie rower na niedzielne przejażdżki. Dostawałam od was wiadomości: “21 km? Jednego dnia? Tyle to ja łącznie przebiegłam przez całe swoje życie”. Z drugiej strony mam znajomych w swoim otoczeniu, którzy dystans maratonu przebiegają w ramach sobotniego relaksu i dla nich półmaraton to zupełna bułka z masłem i praktycznie rutyna codziennego życia.

Rozumiem doskonale tych, dla których dystans do przebiegnięcia powyżej 1 km jest zupełnym absurdem i których marzenia biegowe zatrzymują się w okolicach 5 km, ale jeszcze bardziej rozumiem tych, co chcą się porwać na dystans maratoński albo i więcej. Dlaczego rozumiem obie strony? Bo zobaczycie jak zaczniecie biegać, że to co pojawia się w was niepostrzeżenie kiedy będziecie wypluwać płuca i modlić się o kolejny pełny oddech, to fakt, że będziecie chcieć tego więcej. Nic prościej nie definiuje moich myśli o bieganiu jak fakt, że będziecie chcieli po prostu więcej. Z  każdym kilometrem.

Lubię biegać. Odkryłam przyjemność płynącą z tego faktu dobrych parę lat temu i teraz kontynuuję ją w różnych częstotliwościach i na różnych dystansach. Przyzwyczaiłam się jak różne okoliczności i stres zginają mnie do ziemi, to sam fakt, że zakładam swoje ulubione buty do biegania, nakładam słuchawki do biegania, odpalam na Spotify swoją biegową playlistę, że to wszystko czyni mnie silniejszą. Oczywiście w samym stanie rzeczy to nic nie zmienia, nie rozwiąże żadnego problemu, a jednak fakt, że jestem w stanie mimo zmęczenia czy stresu ubrać te buty i zrobić te 10, czy 12 km daje mi przekonanie, że z innymi rzeczami i tematami jestem w stanie sobie dać radę. Jeśli jest jakiś argument, dla którego warto zacząć swoją biegową przygodę, to fakt że dzięki temu w jakiś trochę abstrakcyjny sposób nabierasz takiego przekonania, że po prostu dasz sobie radę. Nie tylko z dystansem, jaki masz przed sobą, ale też ze wszystkimi sprawami i tematami, które Cię do tego obszaru doprowadziły.

Ile czasu potrzebowałam, żeby bez większego problemu przygotować siebie i swoje ciało do przebiegnięcia półmaratonu? Na początku sierpnia ustawiłam sobie w aplikacji Nike Running Club, której poświęcę osobny post na blogu, bo ten temat wymaga obszerniejszych wyjaśnień, plan treningowy który zakładał, że do marca będę w stanie przebiec dystans 21 km w okolicy 2 godzin.

Opowiem tylko pokrótce, że taki plan treningowy obejmuje zarówno interwały jak i dłuższe wybiegania. W praktyce wyglądało to tak, że w ciągu tygodnia aplikacja zakłada około 4-5 aktywności,(co prawda, możemy zdefiniować aby były to 2-3) o różnym poziomie intensywności. Na początku trzymałam się jej absolutnie kurczowo. Miałam poczucie, że każdy trening który miałam zaplanowany, musi być zrealizowany, do tego dołożyłam sobie basen, jogę czy treningi w domu na macie z Nike. Efekt był taki, że w połowie stycznia byłam już tak zmęczona i przetrenowana, że pamiętam moment kiedy wybrałam się wieczorem na krótki bieg do swojego ulubionego parku i po prostu nie dałam rady. Zupełnie jakby ktoś odciął mnie od zasilania i odłączył całą moc. Gdyby nie znajomy, który napisał mi wtedy żebym spróbowała odciąć się od tego, co dyktuje mi jakaś aplikacja, a zaczęła słuchać swojego organizmu i jego potrzeb, skończyłabym pewnie z jakąś kontuzją, już pomijam, że w tym momencie radość z biegania oscylowała mniej więcej z poziomem podłogi, czyli była zerowa. Czemu o tym piszę? Bo bez względu na to czy plan treningowy macie ściągnięty z internetu, czy ustala wam go trener, lub jak ja, korzystacie z aplikacji, pamiętajcie o tym że to jest jedynie PLAN. Taki, który nie uwzględnia tego, że czasem czujemy się po prostu różnie, mamy infekcje, chorujemy, czy zwyczajnie jesteśmy w różnej formie. Piszę o tym specjalnie, bo ja w przygotowaniach do niego po drodze totalnie się zatraciłam i hobby, które miało po drodze stać się moją odskocznią i sposobem wentylacji od otaczającego świata, stało się kolejnym obowiązkiem. W moich przygotowaniach styczeń był czasem, kiedy zweryfikowałam swoje podejście do przygotowania do półmaratonu. Nadal oczywiście trzymałam się planu z Nike, ale nie miałam poczucia że zawodzę, jeśli w danym dni nie miałam ochoty biegać np 18 km po całym dniu pracy. Jeśli nie uprawia się sportu zawodowo, to najważniejsza lekcją którą nauczyło mnie ostatnie pół roku w bieganiu, to nie spinać się tak jakby się miało wystartować w olimpiadzie a po prostu cieszyć się z każdego treningu.

IMG_8619.jpg

Ja wiem, że teraz na każdej siłowni i na każdym bidonie krzyczą do Ciebie hasła “Siła jest w głowie” “Chcieć to móc” i inne takie, ale prawda jest jedna. Obok tych wszystkich sztucznie napompowanych sloganów i kultu ciągłego ruchu, (któremu ja też uległam) na pierwszym miejscu powinna być radość i satysfakcja z tego, co się robi. Ja w pewnym momencie zafiksowałam się tak bardzo, że nie zwracałam uwagi czy mam na to ochotę, czy tego dnia nie powinnam na przykład wrzucić na luz i odpuścić.

Więc przygotowując się do półmaratonu kilka razy odpuściłam. Kilkanaście razy nie trzymałam się planu. Jaki był finał? Taki, że dzień wcześniej pojechałyśmy z koleżanką do Poznania i zrobiłyśmy kilkanaście kilometrów chodząc jego magicznymi uliczkami, jedząc same pyszne wegetariańskie rzeczy w kolejnych ciekawych miejscach. Odebrałyśmy pakiety startowe (ciągle jestem pod wrażeniem poziomu organizacji tego pólmaratonu) a rano, już lekko podekscytowane stanęłyśmy każda w swojej strefie startowej. Idealna pogoda. Muzyka w słuchawkach. Wypoczęte, uśmiechnięte. Nie mogłam doczekać się chwili startu. Prosta trasa, zero podbiegów, kibice z którymi każdy chce zbić piątkę, bo to to jeden z najbardziej energetycznych aspektów takiego masowego biegania. Na trasie półmaratonu sensownie oznaczone punkty z wodą i szybkimi przekąskami ( u mnie świetnie w biegu sprawdza się zwykła gorzka czekolada, ale banany są już nieporozumieniem). Do dziś wspominam całą trasę i sam bieg jako jeden z najprzyjemniejszych w moim życiu na takim dystansie. Przed biegiem nie włączyłam nawet aplikacji i nie wiedziałam jakim tempem biegnę, nie zakładałam czasu jaki sobie na ten start daję. Jedyne co założyłam, to że ma być przyjemnie i wyciągnąć z tego dystansu jak najwięcej radości dla siebie. Nie chciałam zmierzyć tego biegu takimi parametrami jak czas w którym chcę to skończyć. I wiecie co? To było totalnie odrealnione, przyjemne, cała energia która towarzyszy takim zorganizowanym masowym startom buzowała mi w krwiobiegu i nie mogłam przestać się uśmiechać podczas biegu. Jakbym miała podsumować jednym prostym zdaniem jak wspominam ten półmaraton, to nawet teraz to co mi przychodzi do głowy to “ Było po prostu pięknie”

Największą korzyścią płynącą z idei prowadzenia lifestylowego bloga jest to, że nie ograniczają Cię żadne tematy. Wiedziałam, zakładając swojego, że nie będę trzymała się kurczowo żadnej tematyki ani dziedziny, bo chcę się skupić i dzielić tym, co w danym momencie jest ważne dla mnie, co wywarło na mnie wpływ i co ( jak mam cichą nadzieję) pozwoli wam coś zmienić, zrozumieć albo przynajmniej sprawi wam wizualną radość.

Przyznam, że gdy dostaję wiadomości w stylu “ Nie jestem wegetarianką, nie biegam, nie interesuję się fotografią, ale dzięki Tobie mam ochotę spróbować każdej z tych rzeczy” to moje serce bije szybciej z radości. Jeśli weźmiecie coś z mojego świata i przeniesiecie na swój grunt, to jest to dla mnie jako twórcy największe wyróżnienie. Fajne jest to, że dzielicie się ze mną swoimi biegowymi i sportowymi sukcesami, że wzajemnie napędzamy się do działania i sięgania po więcej. Zupełnie nieistotny jest dystans czy dyscyplina. Fakt jest też taki, że rozumiem osoby które zupełnie nie mają potrzeby biec na luzie a wolą pobiec ten dystans “do przysłowiowego zdarcia”. Rozumiem tak naprawdę wszystko. Chciałam jednak pokazać wam, że dróg do osiągnięcia efektów jest wiele. Ktoś może trzymać się kurczowo zapisanego treningu i podporządkować mu całe życie i dla tej osoby może to być fantastycznym rozwiązaniem. Dla mnie nie było. Przełomowym był dla mnie moment, kiedy zrozumiałam, że odpuszczanie nie jest tożsame z rezygnacją, a może być początkiem zupełnie nowej i przyjemnej biegowej drogi. Nie wiem jaka biegowa droga jest słuszna, ani jaki plan treningowy jest najlepszy. Wiem, po swoich kilkuletnich doświadczeniach z bieganiem tyle, a myślę że spokojnie można odnieść to do wielu dziedzin sportu i życia, że jeśli robienie czegoś nie sprawia Ci przyjemności, to warto spróbować to robić inaczej, albo spróbować dla siebie znaleźć coś innego

Zapraszam do zajrzenia na mojego Facebooka.

Wyloguj się i idź do lasu.

Wyloguj się i idź do lasu.

Warszawa. Dzień ze sztuką. Muzeum Narodowe 

Warszawa. Dzień ze sztuką. Muzeum Narodowe