Fotografująca wszystko wokół. Wegetarianka.Kociara.Biegająca za wszystkim co warte uwagi.

Uzależniona od adrenaliny, pozytywnych wrażeń i wszelkich estetycznych doznań.

Choszczeńska 10'siątka.

Choszczeńska 10'siątka.

Równo tydzień po moim pierwszym pół maratonie postanowiłam że spróbuję sił w biegu w mojej rodzinnej miejscowości tym razem na mniejszym dystansie 10 km.

Jeszcze nie zdążyły minąć zakwasy, ani wygoić się odciski po ostatnim a już szykowałam się na kolejny bieg. W tygodniu zarejestrowałam się , wpłaciłam opłatę startową i pełna energii szykowałam się na niedzielną adrenalinkę. 

Wszystko fajnie. Wszystko fajnie wygląda w teorii.. W niedzielę rano wstaję, ciemno, na dworze dosłownie ściana deszczu, sprawdzam temperaturę całe 11 stopni i wiatr. Sprawdzam stronę organizatora biegu i zapisy­ a tam nie ma mnie na liście. Wobec takich okoliczności myślę sobie ok, nie ma sensu się pchać, nie chce mi się w deszczu godzinę zasuwać biegiem, pobiegnę kiedy indziej. Kiedy indziej ­czyli za rok, bo za tyle jest organizowany bieg w Choszcznie. Przy tym naprawdę mi się nie chce i to tak totalnie.

Sprawdzam pogodę i okazuje się że między 13 a 15 ma być okienko pogodowe.  Faktycznie po 12 przestaje powoli padać, wychodzi słońce , więc pakujemy się do samochodu żeby odebrać zsiostrą mój pakiet startowy. Więc już postanowione, biegnę.

Trasę w większości znam na pamięć­, bo 7 km z 10 to trasa w okół jeziora którą już znam na pamięć, bo od dziecka tam spaceruję. Jest zacienioną, wąską ścieżką, wymarzona trasa dla biegaczy. Myślę sobie ok, pikuś, nie raz wokół niej biegałam.

Cała rodzinka zabiera się ze mną kibicując ostro, mama na pytanie co zrobią jak jednak nie dam rady przebiec twierdzi że super bo będą mieli polewkę ze mnie do końca roku:) na 5 km podaje mi picie i chyba z emocji podbiega razem ze mną te kilkanaście metrów.

Kryzys mam jak zwykle w okolicach 6­-7 kilometra. Zatrzymuję się i myślę sobie że jednak wcale nie jest tak łatwo jak myślałam. Biegnę bez pulsometru, więc nie wiem jakie mam tętno. Powtarzam sobie że to tylko 10km i doganiam jakieś dziewczyny, które biegną mniej więcej takim tempem jak ja i nie puszczam się ich już do końca trasy. Ostatni kilometr biegniemy już w deszczu, bo zgodnie z tym co myślałam zaczyna znowu padać i pogoda znów robi się lodowata.

Tym większą radość miałam przebiegając zmoknięta przez metę z uśmiechem na twarzy. Przebiegłam dyszkę w równo godzinę. Zbiłam piątki z rodzinką i schowaliśmy się przed deszczem na sali gimastycznej gdzie było biuro zawodów i gdzie wszyscy którzy brali udział w zawodach się regenerowali przy pysznym cieście.

Uwielbiam te małe zwycięstwa. Zwycięstwa nad samą sobą, nad lenistwem, nad chęcia zaszycia się w niedzielę pod kocem z książką. Zwycięstwo nad chęcia zatrzymania się gdy głowa Ci podpowiada że po co biec, jak możesz stanąć. uwielbiam w bieganiu to, że ciągle sobie przestawiam granicę dalej. Wiem, że Ci co biegają sporo, uśmiechną się pod nosem czytając to że miałam czas 60 minut na 10 kilometrów. Ja też się uśmiecham, bo wiem że za jakiś czas bedę dalej, chcąc zrobić to szybciej i lepiej.

Mój mały osobisty cel by za rok przebiec maraton, pojawił się niedawno. Liczę na to że moje ciało i ja będziemy za rok gotowe by go zdobyć. jak to mówią nie chodzi o to by być lepszym od innych, ale by być lepszym niż się wczoraj było.

Berlin

Berlin

Wege szaszłyki z Tofu

Wege szaszłyki z Tofu